Świąteczny dzień to bardzo dobry czas na wędrowanie. Udało nam się zgrać wszystkie warunki dobrej wycieczki i wyruszyliśmy na szlak, kontynuując zbieranie kolejnych szczytów.
15 sierpnia 2025, godz. 14:35 > Sałasz <
Trochę późne wyjście. W zasadzie nie praktykujemy takich wycieczek, ale rodzinny obiad spowodował taki obrót spraw. Wyszliśmy więc w ten upalny czas w kierunku Góry Milenijnej, aby jak najprędzej dotrzeć do ściany lasu, a tam, już na luźno, kontynuować sobie w spokojnym tempie wycieczkę.
Skwar był bardzo dokuczliwy, dlatego prędzej niż myśleliśmy, odbyliśmy pierwszą przerwę. Korzenie drzew na skraju podejścia na Górę Milenijną służyły nam za najwygodniejszą ławkę. Kilka łyków elektrolitów, wyrównanie oddechu i już byliśmy gotowi, aby zdobyć Jaworz… bo, to był nasz cel. Wymiana zdań z przygodnie spotkanymi wędrowcami z Limanowej uzmysłowiła nam, że w dzisiejszej pogodzie raczej nie osiągniemy celu. Szybko zmodyfikowaliśmy nasz plan i zdecydowaliśmy, że wystarczy nam dzisiaj sam Sałasz. Ruszyliśmy więc wolno w górę.
Dobrze znana nam trasa na pierwsze wzniesienie, w stronę Łysej Góry, nie stanowiła większego problemu. Jest stromo, ale przecież to tylko niecałe dwa kilometry, da się to pokonać w całkiem spokojny sposób.
Osiągając gdzieś między grzbietami obu wspomnianych gór, ścieżkę zejściową do podnóża Łysej Góry po stronie północnej, zaczęliśmy schodzić kamienistą drogą w kierunku rubieży wsi Mordarka. Spotkaliśmy na szlaku kilka osób zmierzających na nabożeństwo na Górze Milenijnej. Poza nimi, zastanawiało nas, dlaczego w drodze nie było zbyt wielu turystów? Za ciepło? Dzień świąteczny?
Znając drogę, skierowaliśmy się w stronę pasma łososińskiego, gdzie cztery lata wcześniej skończyliśmy naszą wędrówkę na górze Sarczyn (była to nasza pierwsza wyprawa).
Na rozwidleniu, odbyliśmy pierwszą przerwę z posiłkiem. Dołączył się do nas pies, który wyglądał na zagubionego. Otrzymał kilka ułamanych kawałków ciasta drożdżowego, które migiem pochłonął.

Nowy towarzysz wędrówki
Po takiej przerwie, ruszyliśmy w górę, z nadzieją, że opis „1 godzina drogi” będzie dla nas symboliczna i zrobimy odcinek nieco szybciej. Droga kamienista, a częściowo utkana korzeniami, pięła się w górę. Nie było to bardzo męczące, jednak upał dawał się we znaki. Częste przerwy na złapanie oddechu spowodowały znużenie wędrówką. Rozpoczęło się przerzucanie słowne – nie dam rady, ale to jest głupia trasa, już mi się nie chce … Pies chciał iść dalej, więc kontynuowaliśmy mozolnie drogę wzwyż.
Trasa jest nieźle oznaczona, raczej nie było wahania „w którą stronę dalej”. Często też spotykane są słupki z informacjami o odległościach i czasie do pokonania, by dotrzeć do celu.
Dochodząc do Sałasza Zachodniego uznaliśmy, że faktycznie, w takim tempie, dzisiaj nie zdołamy dotrzeć do Jaworza, zostawiamy go zatem na inną okazję.

Miejsce na odpoczynek – Sałasz Zachodni

Po drugiej stronie wiaty rozpościera się widok …
Rozpoczęliśmy poszukiwania słupka i szczytu. Było to jak prace Syzyfowe. Dopiero sprawdzając na stronie wyzwania „102 Wyspy Beskidu Wyspowego” dostrzegliśmy, że w zadaniu chodzi o osiągnięcie szczytu, który był dopiero przed nami. Sałasz Zachodni to preludium. Kolejne słupki z tabliczkami wskazywały, że czeka nas kolejne 15 minut, … a następnie … kolejne 15 minut drogi. To było osłabiające. Szliśmy jednak dalej, bo osiągając szczyt coś powyżej 800 metrów, uznaliśmy że dotarcie na 905 m. nie będzie już dużym wysiłkiem.
wreszcie Sałasz! (905 m. n.p.m)
Idąc ścieżką między Sałaszem Zachodnim, a Sałaszem, mija się tablice z informacjami o formacjach roślinnych występujących przy drodze. Nie zwracaliśmy na nie zbytniej uwagi, bo zniechęcenie trasą było duże. Chcieliśmy wreszcie dojść do celu.
Kiedy przestaliśmy liczyć czas i kilometry, niespodziewanie … dotarliśmy do tablicy z punktem szczytowym i ławeczki Janusza. Pies był zachwycony. My mniej, bo uważaliśmy, że się zgubił i będziemy mieć z nim kłopot przy schodzeniu. Dopadliśmy ławkę i zrobiliśmy zasłużoną przerwę. Zjedliśmy pozostałe przekąski, pies również dostał swoją rację. Po ataku komarów i much, wyruszyliśmy w drogę powrotną, by zdążyć przed zmrokiem na ostatnim etapie drogi.
Współrzędne GPS dla szczytu Sałasz: 49°43’19″N 20°29’16″E

Pies wędrowny
W międzyczasie zawiadomiliśmy właściciela, że pies jest z nami. Było to możliwe dzięki numerowi telefonu zamieszczonemu na obroży. Okazało się, że to wyjątkowy okaz psa wędrownego, który chodzi po górach z turystami, ale … szczęśliwie wraca do domu. Wow! Jeśli spotkacie go, a właściwie ją, na szlaku między Limanową, a Jaworzem, nie musicie się niepokoić. Wróci do domu. Po prostu lubi chodzić po górach. Bądźcie dla niej jednak dobrzy, to bardzo łagodny i ufny pies.
Droga powrotna okazała się łatwiejsza, niż wchodzenie na górę. Zmęczenie jednak dawało się we znaki, więc Maciej skorzystał z opcji pomocniczej w postaci moich kijów trekkingowych.
Wracając, zdecydowaliśmy się na tę samą ścieżkę, jaką szliśmy, by wykorzystać jeszcze ostatnie promienie Słońca przedzierające się przez korony drzew.

Widok na szczyt Góry Milenijnej w Limanowej
Wskoczyliśmy jeszcze na moment pod krzyż, by zobaczyć spokojny zachód słońca i dać się ukoić chłodnemu powietrzu nacierającemu z południowego-wschodu.

Widok na południowy-wschód z Góry Milenijnej
Takim to sposobem, zakończyliśmy naszą kolejną wędrówkę szlakiem wyznaczonym przez wybrane 102 szczyty Beskidu Wyspowego. Do domu wróciliśmy z półtoragodzinnym opóźnieniem, czyli na 20:45. Po raz kolejny wyciągnęliśmy lekcję z optymistycznego planowania. Było tak gorąco, że nie spowodowało to jednak rysy na honorze. Po prostu lekcja logistyki jest do odrobienia raz jeszcze.
Podsumowanie:
Jest zadowolenie z powodu osiągniętego kolejnego szczytu. Większa radość byłaby chyba jednak w mniej upalny dzień oraz gdybyśmy na wycieczkę wyszli wcześniej. W okolicy jest kilka szczytów, mimo że nie wysokie, to jednak są w stanie zasłonić słońce dość prędko, i przez to utrudnić powrót w miarę jasnych warunkach. Stąd też wniosek, aby wychodzić wcześniej na tego typu wycieczki, chyba że zaplanowane będzie wyjście nocne, ale to już zupełnie inna forma wyprawy.
Dodatkowo zniechęcające było korzystanie z różnych aplikacji, gdzie Sałasz Zachodni jest traktowany po prostu jako Sałasz, a Sałasz „właściwy” jako Sałasz Wschodni, przez co źle rozpoznaliśmy nasze wczesne pozycje na szlaku. Te rozważania mogą być śmieszne dla wytrawnych wędrowców, jednak dzielimy się nimi mimo wszystko, bo być może dla kogoś jeszcze początkującego w tej wspaniałej aktywności fizycznej, będzie to pomocne.
Ponadto, w jednych źródłach Sałasz ma 905 m., a w innych 909 … Screen na naszej aplikacji Garmin wskazywał za to zaledwie 800 metrów „z czymś”, więc był to totalny wysokościowy misz-masz.
Reasumując nasze wyposażenie na wycieczkę:
- jedzenie: 2 banany, 2 duże kawałki świątecznego drożdżowego ciasta, butelka wody 1.5 l x 2, termos z herbatą, opakowanie tabletek elektrolitycznych do uzupełnienia minerałów, 2 szpinakowe wypieki, baton energetyczny
- sprzęt: zegarek Garmin z trackerem, dwa telefony, 2 plecaki, kijki trekkingowe, kremy z filtrem, apteczka(!) – I TO BYŁA NOWOŚĆ, wreszcie o to zadbaliśmy!
- odzież: na lekko, a raczej na upalnie …
Wnioski:
- dane wyprawy: 1 szczyt i ok. 16 km w drodze
- rozpoczęcie: 14:35, zakończenie: 20:45
- ilość napojów – bardzo dobrze dobrana ilość
- ilość jedzenia – bardzo dobrze dobrana ilość
- zaliczyliśmy kolejną ze 102 wysp – pozostało nam jeszcze 85 wzniesień!
Dodatek do statystyk: ilość spotkanych osób podczas wędrówki – 12.












